Adam Sumiński
Efemeryda
Porywająca książka o największej, najczystszej, pierwszej miłości.
NIESAMOWITA POWIEŚĆ. WCIĄGAJĄCA. NIEZWYKLE SUGESTYWNA. Pozornie erotyczna. Pozornie w swym erotyzmie mroczna. Bo tak naprawdę jest to powieść o miłości. Która jest silniejsza nawet od śmierci. „Efemeryda” to dziwna powieść o miłości. Dziwna, piękna i zmuszająca do myślenia.”
–Jacek Głębski (laureat nagrody wydawnictwa "Znak", autor m.in. „Kuracji”, „Drogi do Ite”, „Narodzin bogów”)
EFEMERYDA” TO KSIĄŻKA, KTÓRĄ POWINNY PRZECZYTAĆ KOBIETY ze względu na uzmysłowienie sobie męskiego spojrzenia na miłość. To także literatura dla panów, ponieważ poza scenami, które mają w sobie sporo erotyzmu, są i te, które przypomną im o znaczeniu drobnych i życzliwych wobec kobiet gestów. Jest to też książka, którą można fragmentami czytać we dwoje – niczym miłosny dialog. Książkę czyta się niesamowicie przyjemnie i bardzo szybko.”
–Olga Mazurek (redaktorka „Internetowego Imperium Książki”)
Fragment:
Następnego dnia w południe poszliśmy nad jezioro. Plaża i woda roiły się od ludzi. Dzieci biegały po brzegu. Ich stopy podrywały małe fontanny piasku. Wrzeszczały w jeziorze i oblewały się wodą. Dorośli leżeli na kocach i odwracali białe płachty gazet. Pocili się. Chodziliśmy po skrzypiącym czworokątnym pomoście i wzdłuż plaży, poprzerastanej trawą. Usiedliśmy na trawie pod drzewem przy wodzie. Trzymaliśmy się za ręce. Fale łaskotały nam stopy. Nasze gołe ramiona dotykały się, i bardzo mnie to podniecało.
Wypożyczyliśmy rower wodny i popłynęliśmy na środek jeziora. Tutaj było ciszej, tylko skrzypienie metalowych pływaków i plusk fal. Brzeg był daleko. Ludzie w kolorowych kostiumach skakali z pomostu. Wiał wiatr.
Lena spojrzała na wodę, potem na mnie:
- Chcesz?
- Pewnie. Ale będzie zimno, nie?
- Och, tak jest najlepiej. Uwielbiam jak woda jest zimna – nachyliła się. Zanurzyła rękę w zielonym jeziorze. Pływały w nim miliony złotych ziarenek. – Nie, nawet nie jest taka zimna – światło drżało na jej dłoni. – Dalej, chodź – rozwiązała sandały.
Zdjąłem krótkie jeansy, położyłem na płóciennym siedzeniu. Lena wślizgnęła się do wody. Opadała bezszelestnie. Zanurzyła twarz, na zewnątrz została tylko fala żółtych włosów. Metalowe pływaki skrzypiały. Poczułem się strasznie sam.
Potem wypłynęła. – Aah! Ale fajnie! – śmiała się, i wypluwała wodę.
Stałem i łapałem równowagę na pływaku.
- No dalej! Chodź!
- Jest chyba zimna, co?
- Ojej, jest cieplutka! – odrzuciła włosy do tyłu.
Roześmiałem się. – Nie wierzę ci.
- Nie, naprawdę jest ciepła – pływała żabką wokoło roweru. – Już nie bądź taki zmarzlak.
- Po prostu nie lubię zimnej wody.
- Ale nie jest zimna!
- No dobrze. Już idę – usiadłem na prawym pływaku.
Lena zaczęła się śmiać. – To idziesz, tak?
- Tak, tak. O, cholera, ale zimna – wyciągnąłem nogę z wody.
Wstałem.
- Gdzie idziesz? – zanosiła się śmiechem.
- No, już wskakuję.
Odbiłem się i skoczyłem. Ściana zimna otworzyła się, uderzyła mnie w piersi, zawarła się za mną. Zaparło mi dech. Wypłynąłem.
- No i jak? – jej głowa była przy mojej. Uszy miałem pełne wody. Jej białe ręce i nogi tańczyły obok moich.
- Nie jest zła – wyplułem wodę.
Pływaliśmy naokoło roweru, a potem wyczołgaliśmy się na pływaki. Otuliliśmy się kocem i popedałowaliśmy na drugi brzeg. Była tam mała plaża. Wyciągnęliśmy rower na brzeg i upadliśmy w piasek. Wiatr marszczył taflę wody przed nami, ale na piasku było cicho i gorąco. Za plażą zaczynał się las.
W raju musi być całkiem podobnie – myślałem. Patrzyłem na czuby drzew. Chwiały się wysoko w niebieskim powietrzu. Gorąco zalewało mi ciało. Chciałem tylko leżeć i śnić. Nad drzewami wędrowały leniwe chmury. Zamknąłem oczy. Czułem że płynę w górę i wznoszę się tuż nad fałdami jeziora, na twarzy miałem zapach wody a pode mną małe białe ryby, ich cienie muskały dno, zatrzymałem się i patrzałem jak stoją we wodzie. Wachlowały się cienkimi przeźroczystymi woalkami. Nagle coś pociągnęło mnie ku plaży: to Lena dotknęła mojej ręki. Otworzyłem oczy. Jej głowa leżała tuż przy mojej na żółtym piasku.
Gorąco obezwładniało mnie. Wysoko w górze krzyczały mewy. Włosy miałem pełne ciepłego złota. Pochyliłem się nad nią. Słońce stało tuż nad sosnami i raziło mnie w oczy. Wtuliliśmy się w piasek. Czułem jej dłonie na moich plecach. Cały świat był mały i nieważny. Tylko my byliśmy tutaj. My, i piasek, i niebo.
Potem poszliśmy do lasu. Złoto kapało z jej włosów i stóp. Pręty słońca, poprzez liście, w białych ostrzach pajęczyn. Szelest długiej trawy. Kora drzew była sucha i ciepła.
Usiedliśmy nad strumieniem i zanurzyliśmy nogi. Woda sunęła nad kamieniami zimnym grubym szkłem. Spychała nasze stopy z kamieni i łaskotała nas w palce. Dalej spływała białą watą z powalonego pnia. W powietrzu brzęczały owady. Ich białe skrzydła migały w słońcu. Nad strumieniem był cień i nie było gorąco.
Lena wyciągnęła nogi z wody. Jej stopy robiły na kamieniu ciemne ślady. Założyła sandały.
- Gdzie idziesz?
- Nic nie czujesz? – zawiązała rzemyki na łydkach.
Wciągnąłem powietrze głęboko i pokręciłem głową.
- Tam – pokazała. Wstała i odeszła w stronę drzew.
Założyłem buty i poszedłem za nią. Pod drzewami rosły krzaki poziomek. Lena schylała się i rozgarniała delikatne liście. Widziałem jej białe plecy i szczupłe ramiona. Zrywała małe czerwone kulki. Po chwili miała ich pełną garść. Podeszła do mnie.
- Otwórz buzię – uśmiechnęła się.
- A ty?
- Za chwilę – dotknęła dłonią mojego policzka. Poziomki pachniały słodko. Były miękkie, pokryte czerwonymi nasionami. Odchyliłem głowę do tyłu i wsypała mi je do ust. Poczułem kwaśne ziarenka na języku i między zębami. Dotknąłem jej włosów.
- Chodź, tam jest więcej – pociągnęła mnie za rękę. Stąpaliśmy powoli i wymijaliśmy miękkie, jasnozielone krzaki. Ich liście łaskotały mnie w łydki. Przede mną białe plecy i biodra Leny. Jej twarz była słodka od poziomek.